piątek, 23 grudnia 2011

Czas przemiany

Końcówka adwentu. Chwała Bogu, w naszej, polskiej rzeczywistości jest to czas, kiedy w kościołach roi się od ludzi poszukujących przebaczenia, pojednania z Bogiem. Przy konfesjonałach ustawiają się wielometrowe kolejki. Dla spowiedników to czas bardzo napięty, trudny, wymagający uwagi, cierpliwości, otwarcia się na penitentów. Nie jest to łatwe, bo wielokrotnie trzeba wchodzić w sytuacje bardzo różniących się od siebie ludzi. Trudno wejść w sytuację studenta, aby potem przejść do dziecka z podstawówki, staruszka, kobiety, którą porzucił mąż... Szczególnie trudne są te sytuacje, kiedy człowiek doświadcza własnej bezradności, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć, jak pomóc temu biednemu człowiekowi zza kratek konfesjonału. Ale paradoksalnie - właśnie te momenty są okazją do tego, żeby jeszcze raz uświadomić sobie własną niewystarczalność, żeby pewne sprawy zostawić Panu Bogu, nie chcieć załatwiać wszystkiego w Jego zastępstwie.
Penitenci też są różni. Ze wzruszeniem słucham spowiedzi pełnych wewnętrznego zaangażowania, kiedy ludzie nie boją się zderzyć z prawdą, nieraz smutną prawdą o nich samych, kiedy w sposób namacalny można stwierdzić, że właściwie przeżywają ten sakrament: wiedzą, że spotykają w nim Miłosiernego Ojca, który chce im podać rękę, przebaczyć, przytulić do serca. Często da się wyczuć postawę powinności, przyzwyczajenia. Idą święta, więc trzeba iść do spowiedzi. Brakuje jednak postawy miłości, szczerego żalu. I to trzeba zostawić Panu Bogu. Najczęściej jednak spotykam się ze strony penitentów z brakiem nadziei. Bo tyle razy już próbowali, że i tym razem na pewno się nie uda. I to jest najbardziej smutne. Człowiek, który nie ma nadziei jest człowiekiem najbiedniejszym z biednych. Spowiada się, prosi o przebaczenie, choć z góry zakłada, że tak naprawdę niczego to nie zmieni. I to trzeba oddać Temu, Który jest jedyną Nadzieją chrześcijanina.
Dla mnie to czas uczenia się ludzi. Staram się zrozumieć ich motywacje, ograniczenia, trudności. Nade wszystko staram się im mówić o Bożej miłości. Często widzę jak z zaskoczeniem słuchają o tym, że Bóg ich kocha, że ich szuka, że Mu na nich zależy. To smutne, że wielu ludzi nosi w swoim sercu wypaczony obraz Boga. Jest dla nich policjantem, kanarem, sędzią, katem... ale rzadko kochającym Ojcem. Może jest tak dlatego, że coraz częściej ziemscy ojcowie nie potrafią być ojcami i pokazać swoim dzieciom Jedyny Wzór ojcostwa?
Miłość nas rozumie... Miłość, która nie jest kochana... I krzyż Jezusa z krzyża: "Pragnę...". Bóg nas pragnie. Odkryć tę prawdę - czy to nie jest Boże Narodzenie?

czwartek, 23 czerwca 2011

I znów zmiany...

Sporo czasu minęło od ostatniego wpisu. Sporo też się wydarzyło. Ostatni rok zmienił mnie. Na pewno nie całkowicie. Ale czuję się jakiś inny. Trochę lepszy, trochę gorszy. Ale inny. Na pewno daje o sobie znać zmęczenie. Nie pragnę wiele. Lubię leżeć na trawie i patrzeć w niebo. Potrzebuję ciszy i zatrzymania się nad tym wszystkim, co się we mnie i wokół mnie dzieje. Na szaleństwo zakrawa przedstawianie tu tego wszystkiego, co się wydarzyło, dlatego wybiorę to, co najważniejsze.

27 lutego odszedł Tato. To było najtrudniejsze doświadczenie, jakie stało się moim udziałem w tym krótkim, bądź co bądź, życiu. Ale też czas niesamowitego rozwoju. Przez łzy i ból czułem mocno jak nigdy wcześniej obecność Kogoś, kto mnie prowadził. Wiem, że to był Pan. Z drugiej strony ta rana jest cały czas świeża. Mówi się, że czas leczy rany. W tym przypadku - albo tego czasu upłynęło za mało, albo to nieprawda. Nadal bardzo mi brakuje Taty. Tak zwyczajnie, po ludzku. Może nawet teraz bardziej niż wtedy, kiedy to się stało. Widzę wyraźnie, że jakaś część mnie jest już tam - po tamtej stronie życia. I choć mam wrażenie, że wiele jeszcze mnie tu czeka, to nieśmiało spoglądam tam, gdzie oprócz Boga i wszystkich świętych jest tak bliska mi Osoba. Jest i czeka.

Decyzją Księdza Arcybiskupa od 27 sierpnia obejmuję obowiązki wikariusza parafii katedralnej. Trzeba będzie zostawić wszystko, w czym się żyło - to, co dobre i to, co złe. Na pewno pojawi się niejedna łza. Żal będzie odjeżdżać, zwłaszcza, że mam wrażenie, iż to, co przez te trzy lata zasiałem zaczyna dopiero kiełkować. Z drugiej strony czekają mnie nowe: miejsca, ludzie, sytuacje. Zmiany są trudne, ale i twórcze. I to jest to, o co w tym chodzi. To jest droga.

Jutro wyjeżdżam na Oazę. Kolejną, ale zawsze nową. Długo czekałem na ten moment. A teraz, kiedy jest tuż, jestem pełen obaw. Przynajmniej nie grozi mi rutyna.

Pisanie przychodzi mi z coraz większym trudem. Bloga zaniedbałem zupełnie, sporo zachodu kosztuje mnie stały felieton w "Wieczerniku", zainspirowany tym właśnie blogiem. Ale, jak to mówią - trzeba iść dalej. Nawet, kiedy jest trudno.

Proszę o modlitwę.

niedziela, 5 września 2010

Post nr 100

Nie. To nie będzie żaden jubileusz. Bo chyba specjalnie nie ma czego świętować. Zwłaszcza, wobec tego, że ostatni, jedyny w tym roku post, pochodzi z marca.
Wiele w tym czasie się wydarzyło. Rzeczy dobrych i złych. Sporo z nich - warte opisania, choćby w tym miejscu.
Zakładając tego bloga (strach pomyśleć, że to już trzy lata) chciałem uczynić go miejscem świadectwa, gdzie umieszczałbym teksty z przesłaniem. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem było publiczne uzewnętrznianie własnych przeżyć. Taka postawa wydawała mi się głęboko nieprofesjonalna. Może przez chęć naśladowania mistrza Herberta. Ale i on miał swojego Pana Cogito...
Dziś widzę wyraźnie, że teksty z przesłaniem jakoś się wyczerpały. I że chcąc pisać dalej muszę obniżyć poprzeczkę. A może to nie tak. Może po prostu to ja się zmieniłem, a wraz ze mną moje teksty? Tak czy inaczej. Pozwolę sobie na kolejną porcję zwierzeń.

Chcę opowiedzieć o sytuacji, w której się znajduję, w której postawiła mnie Opatrzność. W czerwcu mój Tato wylądował w szpitalu. Niby nic aż tak poważnego. Niby. Bo po miesiącu nadszedł moment, który chciałem odroczyć w niebyt. Moment, którego przyjście było tak pewne, a jednocześnie tak bardzo zepchnięte do granic bezmyślenia. Lekarka zmieniła ton. Rokowania przestały być pomyślne. Tato zdawał się gasnąć. Powoli, ale systematycznie gasnąć.
Zachowam jednak coś z Herberta i nie opiszę całego mnóstwa przeżyć tamtego czasu. Skupię się na dwóch rzeczywistościach.

Pierwsza z nich to cierpienie. Nie fizyczne. Bo fizycznie to i Tato specjalnie nie cierpiał. Cierpienie duchowe. Kiedy coś przyszło nagle, choć nie można powiedzieć, że niespodziewanie. Na nic było oszukiwanie siebie i innych, że jeszcze nie jest aż tak źle, że tylko mi się wydaje, że jutro... I nagle poczułem się jak w potrzasku, jak w klatce. Przez moment chciałem, żeby to się jak najprędzej skończyło, obojętnie jak - wóz albo przewóz - ale stan był jaki był. Ciężki i stabilny. Mój egoizm, który szukał wciąż własnej wygody, który chciał mnie wyrwać ze stagnacji - brzydko mówiąc, dostał w łeb. Co dalej? Łzy, samotność. Totalna nieumiejętność zastosowania we własnym życiu tych pięknych nauk, które z taką łatwością ferowałem wobec penitentów. I to, co najciekawsze. Totalnie odmienne spojrzenie na rzeczywistość. Sprawy, dla których jeszcze niedawno skakałem innym do gardeł, okazały się nieważne, wręcz groteskowe. Wolałem słuchać niż mówić. Zrezygnowałem z pierwszego miejsca, ostatniego słowa. To wszystko wydało mi się tak małe, tak nieistotne. Zacząłem patrzeć na ludzi jak na tych, którzy być może także cierpią, może nawet bardziej niż ja. Oczywiście, to nie jest tak, że odtąd już tak mam. Z Tatą jest coraz lepiej, wraca próżna pewność siebie. Ale tamto doświadczenie nie umarło. Trwa.

I druga rzeczywistość. Po kilku dniach - wcale nie od razu - zdobyłem się na odwagę poproszenia o modlitwę. Sporo mnie to kosztowało - i nie chodzi tu o koszt SMSów. Trzeba było się odsłonić, postawić w sytuacji potrzebującego. Dać sobie pomóc. Co więcej - o pomoc poprosić. Tym razem w łeb dostała pycha. Wysyłałem SMSy seryjnie. Do kogo tylko mogłem. Chyba nigdy nie zapomnę tego wieczoru. I tych odpowiedzi. Zapewnień o pamięci, o odprawionych Mszach świętych, modlących się wspólnotach... Każde z nich wyciskało łzy, ale też wnosiło pokój i ciepło. Nie byłem sam. Doświadczyłem potęgi modlitwy, dzięki której - co do tego nie mam wątpliwości - Tato czuje się lepiej, choć do końca nie wiadomo, jak to dalej będzie. Co ciekawe, najbardziej wzruszały odpowiedzi tych, po których nie do końca spodziewałem się oznak solidarności. Także dlatego, że ja wobec nich nie zawsze byłem solidarny.

Na tym kończę moje wynurzenia. Ciebie, który to wszystko czytasz, proszę o modlitwę w intencji Taty. A właściwie - w naszej intencji. Bo obaj potrzebujemy dotyku Boskiego Lekarza.

środa, 3 marca 2010

Powroty

Trochę trudno pisać i mówić o powrotach, kiedy ma się tak niewiele lat i kiedy niewiele powrotów się przeżyło. Jednak przeżycia ostatnich dni skłaniają mnie do refleksji o powrotach. Ile w nich sentymentu, a ile ożywczej siły, która potrafi podnieść, porwać, posklejać, co zniszczone, ożywić? Rekolekcje X kroków ku dojrzałości chrześcijańskiej, której miałem szczęście prowadzić kilka dni temu w Maćkowicach były dla mnie takim właśnie powrotem.
Sporo było w nim sentymentu. Odkrywam w sobie coraz bardziej sentymentalną nutę, która często zastępuje mi dysonans teraźniejszości, często źle skrojonej, nieadekwatnej, zbrukanej przez monotonię i grzech. Najpierw sentyment związany z miejscem. Maćkowice. Dom, w którym tyle się wydarzyło. Równo dziesięć lat temu byłem tam na podobnych rekolekcjach. Ludzie, wspomnienia, wszystko to jakby wróciło i stało się na nowo żywe, świeże. Kaplica, w której doświadczyłem, chyba pierwszy raz w życiu, wielkiej, duchowej ciemności. Jak dziś pamiętam nabożeństwo ognistego krzewu, na jednej ze Szkół Chrystusa, kiedy chciało mi się płakać i krzyczeć, a z ust nie wyszło żadne słowo. To była ciemność, z której rozbłysło światło. W której zrodziło się to, co dziś nazywam powołaniem.
Kolejny powrót, to powrót do źródeł. Do źródeł charyzmatu Światło-Życie. Tym źródłem są właśnie drogowskazy. Kolejne wejście w tajemnicę Chrystusa, Niepokalanej, Ducha Świętego, Kościoła. Zanurzenie w Słowie Bożym, modlitwie, liturgii. Wezwanie do świadectwa i nowej kultury, w końcu miłość agape, klamra doskonałości. Im dłużej przyglądam się tym znakom, tym bardziej widzę, jak wiele mnie od nich dzieli, jak daleko mi jeszcze do jedności Światła i życia. Ale jest w tym także coś niezwykle pokrzepiającego: otwarte młode serca tych, dla których tam byłem, a którzy jak gąbka chłonęli źródlaną wodę drogowskazów. Jest w naszym charyzmacie niezwykła moc. Choć czasy się zmieniają i ludzie się zmieniają, to jednak wciąż wiele młodych serc pała pragnieniem życia i formacji w Oazie. I jest to pragnienie jak najbardziej prawdziwe i szczere. Kiedy widzę w ich oczach tę Bożą iskrę, coś zmienia się także w moim sercu. Coś na nowo się zapala, ożywa. I widzę, że to ma sens. Że ten sens jest poza mną. Że jest większy ode mnie. I to jest niesamowite. Bo mogę się na tym oprzeć.
I ostatni już powrót. Powrót do codzienności. Do tej codzienności, którą przecież szczerze lubię, która jeszcze niedawno była moją małą stabilizacją, ostoją. Do ludzi, kątów, do których przywykłem, za którymi chwilami tęskniłem. No i wróciłem, tyle, że z uczuciem braku, pustki, tęsknoty, czy jak jeszcze mam to nazwać. Minęło kilka dni, przybyło zajęć, a ja wciąż odbijam się od ścian i nie potrafię się odnaleźć. Dawno nie czułem czegoś podobnego. Szczerze mówiąc, myślałem, że z tego wyrosłem. Tymczasem to uczucie wróciło nieproszone. Myślę, że brakuje mi tej wspólnoty, którą tam, w maćkowickim pałacu udało nam się stworzyć. Tego wszystkiego, czego tam doświadczałem. Choć nie było pożegnalnego płaczu i tanich wzruszeń.
Rzeczywistość, do której wróciłem jest jakby ta sama, ale jednak inna. Bo ja jestem odrobinę odmieniony. Mam nowe plany, nowe zamiary, nowe wizje. A przede wszystkim nowe przekonanie - że warto.

środa, 23 grudnia 2009

Chrześcijaństwo musi boleć

Początek roku akademickiego. Dla większości z nas uroczystość, która nastraja raczej żałobnie niż radośnie. Wielka pompa, gala, która zwiastuje koniec wakacji, a początek trudu. Koniec przyjemności, początek zmagania. Koniec tego, co większość z nas lubi najbardziej, a początek… No właśnie. Uroczystość zatem przykra, chyba, że… bezpośrednio nas nie dotyczy. Z pewną satysfakcją słuchałem słów homilii ks. abp. Michalika na początek roku akademickiego w przemyskim Seminarium. Jadąc do rodzinnego domu, upajając się dniem wolnym od zajęć, włączyłem naszej diecezjalne Radio „Fara”. Pomyślałem: „Oni zaczynają rok pracy, a ja mam wolne. Cóż za komfort”. Aż padły te właśnie słowa. I nie wiem, czy to fakt, że wypowiedział je mój Arcybiskup, czy też sama waga tych słów sprawiły, że chodzą one za mną aż dotąd. „Chrześcijaństwo musi boleć”.
Takie proste zdanie, a tak głębokie i niezwykłe. Co więcej, tylko pozornie pesymistyczne. W istocie niesie w sobie ogromne przesłanie nadziei. Przynajmniej dla kogoś, kto od dłuższego już czasu stara się walczyć z ułomnościami natury i gdzieś tam w środku odczytał, że jego ból jest czymś złym, że może być świadectwem niewłaściwej albo nierównej walki. Tymczasem, może się okazać, że ból jest świadectwem tego, że choć nie wszystko od razu się udaje, to jednak jest się na dobrej drodze. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że gdy chrześcijaństwo nie boli coś z nim jest nie tak. Może rozpłynęło się w powodzi bylejakości. A może czegoś wyraźnie w nim brakuje? I tutaj podchodzimy do kwestii błogosławionej winy. To, co mnie boli w chrześcijaństwie jest miejscem mojego rozwoju, pewnej dynamiki wzrostu ku pełni, jaką jest Bóg.
Metropolita mówił dalej: „Nie ma łatwego kapłaństwa”. A ja poszerzyłbym to stwierdzenie. Nie ma łatwego animatorstwa, nie ma łatwej formacji, nie ma łatwej jedności. Bo tak to już niestety jest, że nic co jest cenne, nie jest jednocześnie łatwe. Jest owocem trudu. Może właśnie dlatego jest takie cenne? Można by odnieść wrażenie, że takie postawienie sprawy przybija, pognębia, obnaża bezsens wszelkich pragnień i dążeń. Ale to tylko wrażenie. Bo nikt nie powiedział, że nie można być szczęśliwym, gdy boli. Nikt nie mówił, że każda porażka musi od razu niweczyć radość. Przegrana bitwa bywa przecież zapowiedzią wygranej wojny. Przez krzyż do zmartwychwstania. Przez śmierć do życia. Przypomina mi się w tym miejscu łaciński napis, który odsłaniał się moim oczom każdego dnia, przez cztery lata nauki w liceum. Wszystkich wchodzących do środka gmachu szkoły witał jej patron, Mikołaj Kopernik oraz słowa: „Per aspera ad astra” – „Przez trudy do gwiazd”. I pan profesor Hawryło, który ciągle nam o nich przypominał każąc rozwiązywać trudne zadania z logarytmów i całek. Nie ma łatwego człowieczeństwa.
Chrześcijaństwo musi boleć. Nie oznacza to jednak, że chrześcijanin musi być cierpiętnikiem. Bo przecież nie o to chodzi. A chyba dość często właśnie tak się niektórym wydaje. Ludziom, którzy upatrują sens życia we własnych bliznach i zranieniach. Których trawi trucizna własnej martyrologii, a co gorsza, którzy zrobią wszystko, by zalać tą trucizną innych. Prawi i dobrzy, bo umęczeni. Tymczasem, Jezus nie pchał się na krzyż, choć umiał cierpieć z godnością. Nie został też na nim ani chwili dłużej, niż było to konieczne. Wiedział, że krzyż jest etapem, nie celem. Celem jest chwała zmartwychwstania. Ból w chrześcijaństwie także nie jest celem. I nie chodzi o to, żeby szukać bólu, by stać się w pełni chrześcijaninem. Ból jest skutkiem ubocznym, nieuchronnym ale nie najważniejszym. Jest efektem wierności Chrystusowi, pokonywania tego, co we mnie złe, nikczemne, grzeszne. Jest efektem walki z pierwiastkami duchowego i cielesnego zła świata. Ale kiedyś się skończy. I to jest kolejne przesłanie nadziei.

środa, 11 listopada 2009

Chwała bohaterom

11 listopada to dzień, w którym przed naszymi oczami stają sylwetki tych, którzy odeszli niesieni na symbolicznej tarczy historii, bohaterów walk o wolną, niepodległą Polskę. Oni jednak walczyli o coś jeszcze. Walczyli o to, na co składa się pełne człowieczeństwo: o prawdę, honor, szczerą miłość. Ludzie szlachetni, zdolni do najwyższych poświęceń w służbie najwyższym wartościom. Bohaterowie. Niezwykli w swojej zwyczajności. Ludzie tacy, jak my, a jednak tak bardzo od nas inni. Przejrzyści. Prawdziwi. Dla których "tak" znaczy "tak", a "nie" znaczy "nie". Za ich krew nie ma i nie będzie rekompensaty. Ich śmierć widnieje jak sztandar trzepoczący pochwałę męstwa i wartości oraz pogardę dla obłudy, zdrady i prywaty. Jednak Ojczyzna płacze, bo bardziej niż martwych potrzebuje bohaterów żywych, zdolnych przemieniać ziemską rzeczywistość.
Co dziś zostało nam z bohaterów? Czy za patriotyczną pieśnią, kwiatami przed pomnikiem i patetycznymi przemowami władców stoi coś więcej niż tylko forma? Co byłoby gdyby dzisiaj zawisło nad nami widmo wojny? Czy zdołalibyśmy stanąć na wysokości zadania, jak stanęli nasi przodkowie przed laty? Takie i inne pytania cisną się do głowy w ten deszczowy, a przez to jeszcze bardziej refleksyjny Dzień Niepodległości.
Wróćmy jednak do nich - bohaterów. Skąd się wzięli? Skąd się nadal biorą? Jaka kuźnia potrafi wykuć ze zwyczajnego człowieka, pełnego wątpliwości i rozterek, dylematów i słabości - pomnikową postać bohatera, gotowego zapłacić najwyższą cenę za to, co naprawdę ważne? Odpowiedź streszcza się w trzech słowach. Bóg. Honor. Ojczyzna. Niezwykły jest dialog z filmu "Śmierć rotmistrza Pileckiego". Ostatnia rozmowa Rotmistrza z żoną. Pozwolę ją sobie zacytować w całości:

"- Witold, kochany! Ja cię stąd wyciągnę. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Jak się czujesz? Powiedz mi! Witold, jak się masz?
- Wykończyli mnie, Marysiu. Oświęcim... to była igraszka.
- Witold, o Boże! Witold! Będziesz żył! Posłuchaj, będziesz żył, ja na to nie pozwolę. Słyszysz?
- Nie, Marysiu. Nie rób nic. To nic nie pomoże. Nie upokarzaj się przed nikim. Nie warto.
- Pomoże, na pewno. Poruszę niebo i ziemię.
- Nie rób nic. Zabraniam ci!
- Nie możesz mi tego zabronić.
- A jak dzieci? Wszyscy im pewnie mówią, że ich ojciec to szpieg, zdrajca, zbrodniarz.
- Nie. One dobrze wiedzą, jaka jest prawda. Są dumne z ciebie. Powiedz, dlaczego nie wyjechałeś z Polski? Teraz się dopiero dowiedziałam: nie wykonałeś rozkazu swojego dowódcy, przecież byłbyś bezpieczny, dlaczego?
- Wszyscy nie mogli stąd wyjechać. Ktoś musiał tu trwać bez względu na konsekwencje!
- Nie zależało ci na życiu? Nie zależało ci na nas? Na rodzinie, na tym, żeby być z nami?
- Nie było nikogo, kto by mnie zastąpił. Miałem misję do spełnienia.
- Misję? A co z nami?
- Wychowaj dzieci na uczciwych ludzi. Może kiedyś dożyją innych czasów, lepszych czasów.
- O czym ty mówisz, co? Dlaczego ty tak mówisz, jak byśmy się mieli więcej nie zobaczyć?
- Kup im książkę: Tomasza a Kempis "O naśladowaniu Chrystusa" i każ im ją przeczytać.
- Nie trać nadziei, kochany, błagam cię, błagam cię.
- "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis. Niech ją czytają codziennie, jak Pismo Święte. Ta książka pomogła mi wytrwać w Oświęcimiu, dawała mi siłę tutaj.
- Pójdę do Bieruta, pójdę do Bermana...
- Zabraniam ci!
- Pójdę do wszystkich...
- Rozkazuję ci!
- Nie mogą mi zabronić, nie mogą mi odmówić, przecież są ludźmi! Mają takie same uczucia jak my!
- "O naśladowaniu Chrystusa", zapamiętasz?
- "O naśladowaniu Chrystusa"...
- Kocham cię!
- "O naśladowaniu Chrystusa"...
- Bądźcie dzielni!
- Witold, zobaczymy się!"

Jacy jesteśmy my? Ludzie, żyjący 60 lat po tym dialogu, 91 lat po wydarzeniach 1918 roku, 20 lat po obaleniu komunizmu? Czy będziemy mogli spojrzeć w oczy Pileckiemu i innym, jemu podobnym, kiedy przyjdzie pora i Pan czasu powoła nas do siebie? Czy może będziemy musieli ze wstydem spuścić głowę zważając na własną obłudę, małość i nieadekwatność?

I na koniec jeszcze jeden cytat. Też z Pileckiego. Napis, który wydrapał on na ścianie swojej celi na krótko przed swoją śmiercią: "Starałem się żyć tak, abym w godzinie śmierci mógł się raczej cieszyć, niż lękać. Witold Pilecki. 1948 + "

sobota, 3 października 2009

Anioł Stróż

Każdy z nas doskonale pamięta obrazek z dzieciństwa. Może nawet wisiał nad czyimś łóżkiem i był ostatnią rzeczą jaką oglądało się przed snem. Dwójka dzieci przechodzących przez kładkę i piękny anioł rozłożystymi skrzydłami ochraniający nieświadomą niebezpieczeństwa parkę. Anioł Stróż. Pamiętam, że jedną z pierwszym modlitw, jakich nauczyła mnie Mama była modlitwa do niego. I choć zlepek słów "strzeż duszy" sprawiał mi wyraźne trudności, to jednak zapamiętałem tę modlitwę na całe życie. Była taka prosta, dziecięca, pełna wiary i ufności.
Potem dorosłem. I Anioł Stróż powędrował na półkę wraz z zabawkami dzieciństwa. I chyba tak to niestety z nim bywa w życiu wielu z nas. Pamiętam śp. ks. Piotra Lechowicza, który miał wielki kult do Anioła Stróża. Sam nie wiem, czy to przez wzgląd na niego czy też z prawdziwego szacunku dla mojego Niebieskiego Opiekuna śpiewałem wczorajszą Mszę mimo bolącego gardła. Tak czy inaczej wspomnienie Świętych Aniołów Stróżów stało się okazją do tego, by coś sobie o nich przypomnieć, coś na nowo uświadomić.
Może przede wszystkim to, że nie są postaciami bajkowymi. Są jak najbardziej realni. Podobno widzą ich tylko dzieci i ludzie umierający. Osobiście nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział mojego Anioła Stróża. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że on jest. Był, jest i będzie. Nawet jeśli przestałem przyzywać jego pomocy. Będzie przy mnie nie dlatego, że na to zasługuję. Ani nawet dlatego, że mnie lubi. Po prostu - takie ma zadanie. Angelus znaczy posłany. Szczerze mówiąc, trochę mu współczuję. W ilu sytuacjach musiał ingerować, jak często chronił mnie przed złem, z którego istnienia nie zdawałem sobie nawet sprawy. Niezauważony, niedoceniany. I co najciekawsze, niewiele sobie robiący z mojego braku zainteresowania jego osobą. Szczęśliwy, bo może oglądać Boga. I to mu wystarczy. Jeszcze to, że może pełnić Bożą wolę.
Ks. Piotr często modlił się nie tylko do swojego Anioła Stróża, ale także do Aniołów Stróżów ludzi, z którymi miał rozmawiać, coś załatwić. Podobno taka modlitwa zazwyczaj była skuteczna. Przyznam , że i dziś w podobnych sytuacjach zdarza mi się przypomnieć sobie o Aniołach Stróżach. I nie ma w tym nic infantylnego, choć może to takie dziecięce.
Anioł Stróż. Jak ma na imię? Jaki jest? Jedna z najbliższych a jednocześnie najmniej znanych mi osób.
Kiedyś poznam mojego Anioła Stróża. Jak ja mu spojrzę w oczy? Może wyrwie mi się nieśmiałe: "Dziękuję", a może to wszystko nie będzie już miało znaczenia. Bo będziemy dzielić tę samą radość. O ile będę taki, jak on: pokorny, cichy, pełniący Bożą wolę. Będzie ciężko. Ale Anioł Stróż pomoże.